Sny – recenzja książki – Jayne Ann Krentz

Jayne Ann Krentz – “Sny”

Ostatni przeczytany harlequin opowiada (wymyśloną) historię o niezależnej, 34-letniej bizneswoman, która przyjeżdża na wakacje do małej mieściny niedaleko Portland i tam poznaje pisarza, 40-letniego mężczyznę po przejściach, który uchodzi za miejscową legendę. Facet – lokalny badboy i kochaś, stawia sobie za cel zdobycie tej kobiety i całkiem szybko (jak na harlequiny) mu się to udaje. Para zaczyna ze sobą sypiać, kobieta zachodzi w ciążę, para szybko się pobiera. Zdziwiłby się jednak ten kto myśli, że akcja na tym się kończy. W międzyczasie wciąż przewija się wątek kryminalny i stara legenda o przeklętej Indiance, która może zostać zdjęta tylko wtedy gdy w pobliskiej jaskini pod Wodospadej Spętanej zostanie poczęte i urodzi się dziecko. Reszty historii, bądź co bądź strasznie naciąganej, musicie się sami domyśleć albo przeczytać w nieco dłuższej niż zazwyczaj (380 vs. 170 str.) książce. Uwagi z PUA-perspektywy: wszystkie harlequiny zdają się potwierdzać zagadnienie poruszane przez J.D. Fuentesa w Seksualnym kluczu – dla kobiet życie to wyprawa wgłąb siebie, w poszukiwaniu własnego “ja” (w porównaniu do mężczyzn, którzy pragną w życiu głównie eksplorować kolejne obszary – bez skojarzeń). Nie umiem tego dokładnie wyjaśnić – odsyłam do wspomnianych materiałów. Poza tym cyklicznie pojawia się wątek zazdrości [ K <–> M ], a mężczyzna-obiekt pożądania prawie zawsze jest po przejściach (czyżby opowiadanie o nich było substytutem budowania rapportu?). Harlequiny? Słabe, sztampowe i naciągane. Czytać je? Incydentalnie w ramach badań “co w nich takiego jest?”. Co dalej? Min. 3 lata odpoczynku od beletrystyki.